Jeśli twoja przeglądarka nie akceptuje polecenia Object, wczytaj ten dokument

Część poprzednia Spis treści

xxx

Szanowni Państwo!

Zwracam się do Państwa z kilkoma zapytaniami związanymi z Państwa działalnością, witryną internetową, jak również z samym esperantem. Pytania te nasunęły mi się ostatnio w okolicznościach, które poniżej krótko opiszę.

Zacznę od krótkiej autoprezentacji. Jestem z zawodu nauczycielem, a formalne wykształcenie, jakie posiadam, nie jest związana z lingwistyką. Mimo to od wielu lat rozwijam swoje językoznawcze zainteresowania i jak nieskromnie mogę chyba powiedzieć, jest to dziedzina, w której orientuję się całkiem dobrze, zapewne nawet lepiej niż niejeden jej student. Już w latach 80. XX wieku zainteresowania te skłoniły mnie do nauki esperanta na kursie korespondencyjnym ówcześnie prowadzonym przez PZE. Niestety, nie miałem w kolejnych latach zbyt wielu okazji, by używać tego języka, więc też wiele pozapominałem i teraz bałbym się samemu tworzyć teksty esperanckie (podejrzewam, że liczba błędów byłaby zatrważająca). Jednak gdy napotkam tekst esperancki, jestem zwykle w stanie zrozumieć go bez korzystania z pomocy np. tłumacza Google’a, zatem mimo wszystko niegdysiejszy wysiłek przyniósł jednak wymierne efekty (z czego się bardzo cieszę).

Ostatnio esperantem zainteresowała się przypadkiem pewna studentka, którą poznałem w okolicznościach, gdy nauczyciel przydaje się jako pomocnik w nauce. Osoba ta odkryła na mojej półce kilka wydawnictw esperanckich, a fakt, że w ogóle mam jakieś pojęcie o tym języku (wcześniej w ogóle o nim nie słyszała), wzbudził jej podziw. Myślę, że jeśli tylko czas jej pozwoli, sama zechce się nauczyć esperanta. Ja zaś dzięki całej tej aferze mam okazję, by odświeżyć sobie starą i nieco już zakurzoną znajomość z tym językiem, będącym w końcu jakby nie patrzeć dzieckiem Polaka, a przynajmniej osoby mocno związanej z polskim narodem.

Zacząłem więc rozglądać się tu i ówdzie, aby pogłębić własną wiedzę, ale także by móc służyć pomocą mojej młodej znajomej. Na Państwa witrynie (którą czytam po esperancku, choćby dlatego, że potrafię i że wewnętrznie wydaje mi się to właściwsze) odnalazłem stronę prezentującą Państwa wydawnictwa, czyli jak rozumiem rzeczy wydane pod patronatem PZE: http://podkasto.net/esperanto_pl/niaj-eldonajoj/. Zdziwiło mnie jednak bardzo, że podręcznik „Esperanto en dek lecionoj”, będący publikacją bezpłatną, nie jest w żaden sposób zlinkowany i nie można go stamtąd pobrać. Stąd moje pierwsze pytanie:


1. Jaki jest sens informowania odwiedzających witrynę PZE o istnieniu bezpłatnego kursu esperanta, skoro pokazuje się tylko stronę tytułową tego kursu?

Innymi słowy: gdzie na Państwa witrynie została umieszczona informacja, jak można wejść w posiadanie tej bezpłatnej multimedialnej publikacji?

Mnie udało się znaleźć samą książeczkę, bez plików multimedialnych, i to w dwóch wersjach różniących się wielkością (nie było to proste, pomógł Google). Zaciekawiła mnie informacja umieszczona pod koniec publikacji: na stronie http://esperanto.pl/page.php?tid=20&lng=pl ma się jakoby znajdować kurs esperanta dla Polaków.

Chyba coś jest nie tak, bo adres ten jest martwy. Czy ten kurs jest dostępny pod jakimś nowym adresem?

A jeśli nie, to może w publikacji P. Wimmera należy dokonać poprawki? O ile wiem, ukazują się jej kolejne wersje (co prawda nie mam pojęcia gdzie, bo trudno znaleźć jakąkolwiek, ale taką informację znalazłem). Zatem z wniesieniem poprawek do kolejnej wersji nie powinno być problemu.


2. Już w czasie, gdy wiele lat temu sam uczyłem się esperanta, zastanawiała mnie jedna rzecz. Mało to, zadałem pytanie osobie, która oceniała moje prace wysyłane korespondencyjnie, jednak otrzymałem jedynie zdawkową odpowiedź, właściwie niedotyczącą tematu pytania. Z przerażeniem odkryłem, że problemem, który wówczas wskazałem, nikt dotąd się nie zainteresował, i w dalszym ciągu jest on całkowicie zbywany.

A pytanie jest niezwykle proste. Esperancka litera „ĥ” oznacza dźwięk ten sam, co polskie „ch”. W takim razie co na Boga oznacza esperancka litera „h”???

Przecież ktoś, kto uczy Polaka esperanta MUSI chyba wiedzieć, że w języku polskim „h” i „ch” oznaczają dziś dokładnie to samo! Inaczej niż w czasach Zamenhofa. Ich odróżnienie w ortografii jest więc wyłącznie historyczne. Dziś jest ono powodem do otrzymywania ocen niedostatecznych z dyktand, a to dlatego, że Polacy już od wielu lat nie odróżniają dwóch niegdyś różnych dźwięków zapisywanych przy pomocy tychże symboli.

Paweł Wimmer pisze wręcz w swojej książeczce, że esperanckie „ĥ” wymawia się jak polskie „h”, za to w przykładach podaje wyrazy pisane przez „ch”. I słusznie! Tylko że... dlaczego nie dopisał żadnej informacji o tym, jak w takim razie wymawia się esperanckie „h”?

Czyżby esperanckie „h” i „ĥ” wymawiało się identycznie? Jeśli tak, to po co w ogóle pisać ten daszek? A jeśli nie, to znaczy, że w esperancie są DWA RÓŻNE dźwięki typu „ch”, podczas gdy w języku polskim jest TYLKO JEDEN taki dźwięk. Wynika stąd, że esperanckie „h” (tak, dokładnie, „h”, nie „ĥ”) jest dla Polaka dźwiękiem całkowicie obcym, którego wymowę powinien wyćwiczyć tak, jak ćwiczy się wymowę każdego innego obcego dźwięku w obcym języku, który chce się opanować.

Dysponuję porządnie wydanym podręcznikiem esperanta dla Czechów (nb. rażące przeciwieństwo do publikacji Pettyna z lat 80, wyglądających jak prymitywnie powielone maszynopisy), w którym autorka, Věra Barandovská, przedstawia sprawę dokładnie: esperanckie „h” wymawia się jak czeskie „h”, natomiast esperanckie „ĥ” jak czeskie „ch”. Pytanie do Państwa: czy to jest prawda? A jeśli tak, dlaczego informacji tej brak w podręcznikach wydanych w języku polskim?

Zdaniem wspomnianej autorki esperanckie „h”, podobnie jak czeskie „h”, oznacza spółgłoskę DŹWIĘCZNĄ krtaniową, całkowicie obcą współczesnemu językowi polskiemu, natomiast esperanckie „ĥ” oznacza spółgłoskę BEZDŹWIĘCZNĄ tylnojęzykową, taką jak polskie h/ch. Ale jeżeli to prawda, to znaczy, że opanowanie wymowy esperanckiego „h” stanowi dla Polaka BARDZO POWAŻNY PROBLEM. Czesi, którzy mają do czynienia z Polakami, w tym czescy językoznawcy zajmujący się językiem polskim, przyznają, że prawie nikt z Polaków nie robi różnicy między czeskimi „h” i „ch”, przez co narażają się na śmieszność i niezrozumienie. A dokładniej: Polacy usiłujący mówić po czesku wymawiają „ch” w miejsce „h”, co jest całkowicie nie do zaakceptowania. Dzieje się tak z prostego powodu, o którym już wspomniałem: w języku polskim nie istnieje dźwięczna krtaniowa spółgłoska „h”, jej wymowy trzeba się uczyć, i jest to dla przeciętnego Polaka wielki problem. Co prawda na wschodzie kraju starsi ludzie wciąż rozróżniają w wymowie „h” od „ch”, ale olbrzymia większość Polaków nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że odróżniają, bo tego nie słyszą. Sami zaś nie robią żadnej różnicy.

Interpretacja „h” jako głoski krtaniowej dźwięcznej (czyli taka, jak w książce dla Czechów) jest możliwa, a nawet wielce prawdopodobna, uwzględniając fakt, że Zamenhof żył w czasach, gdy w literackim polskim wciąż jeszcze istniała dźwięczna wymowa „h”, podobnie jak do dziś istnieje w czeskim, słowackim, białoruskim czy ukraińskim (i w regionalnej, przeżytkowej wymowie kresowej niewielkiej liczby Polaków). Jednak sam Zamenhof był Żydem, a zatem równie prawdopodobne jest, że odróżnienie „h” od „ĥ” miało w jego zamyśle być inne niż w czeskim. W takim jednak razie esperanckie „h” byłoby obce Polakom nawet już w jego czasach.

Otóż w języku jidysz, który był pierwszym językiem twórcy esperanta, podobnie jak w języku niemieckim, od którego średniowiecznej wersji jidysz pochodzi, istnieje rozróżnienie bezdźwięcznego, krtaniowego, przydechowego „h” od także bezdźwięcznego, ale tylnojęzykowego i szczelinowego „ch”. Co ciekawe, dokładnie taka sama różnica występuje też między dwoma dźwiękami języka hebrajskiego, który w mniejszym lub większym stopniu musiał być znany każdemu wykształconemu Żydowi owych czasów. Do dziś zresztą w Izraelu śmieją się z Polaków, którzy nie umieją odróżnić „h” od „ch”. W hebrajskim różnica tych dźwięków ma duże znaczenie w gramatyce, a błędna wymowa jest przyczyną zabawnych nieporozumień. W esperancie opozycja h : ĥ jest marginalna i do takich sytuacji nie powinna nigdy prowadzić, niemniej jednak nieodróżnianie obu dźwięków uznaje się za niepoprawne i naganne.

A skąd takie przeświadczenie? Otóż o tym, że problem istnieje, świadczy następujący artykuł w esperanckiej wikipedii: https://eo.wikipedia.org/wiki/Listo_de_misprononcadoj#Pola. Jak widać, zastępowanie esperanckiego „h” przez polskie „ch” jest naganne, niedopuszczalne w środowisku esperantystów.

Wikipedia podaje, w przeciwieństwie do autorki esperanckiego kursu dla Czechów, że istotnie esperanckie „h” to fonetycznie [h] (dźwięk znany w angielskim, ale nieobecny w polskim), a esperanckie „ĥ” to fonetycznie [x], czyli polskie h/ch (dźwięk znany w polskim, ale nieobecnym w standardowym angielskim, i dlatego zastępowany przez „k” przez Anglofonów). Tak czy inaczej, esperanckie „h” oznacza dźwięk obcy Polakom, którego dopiero należy się wyuczyć. Według Wikipedii należy wymawiać go jak angielskie „h”, tj. jako przydech. Tymczasem „ĥ” powinno być wymawiane całkiem inaczej, czyli jak polskie h/ch.

Kto zatem ma rację: autorka czeskiego kursu esperanta czy autorzy Wikipedii? Czy esperanckie „h” wymawiane ma być dźwięcznie, jak czeskie czy ukraińskie „h”, czy też raczej bezdźwięcznie, jak przydechowe „h” angielskie, niemieckie czy hebrajskie?

Tak czy inaczej, skoro nam Polakom wytykają, że zamiast „h” wypowiadamy „ĥ”, należałoby chyba o tym ostrzec i wyjaśnić, jak ćwiczyć umiętność odróżnienia obu dźwięków, a dokładniej, jak nauczyć się wymowy esperanckiego „h”, któremu nie odpowiada żaden dźwięk w języku polskim. Jak do tej pory chyba nikt się tym w ogóle nie przejmował w wydanych w Polsce publikacjach. Efekt jest taki, że nam wytykają, że zamiast „h” mówimy nasze „ch” (czyli de facto mieszamy esperanckie „h” z „ĥ”, co jest niedopuszczalne).


3. Ostatnie pytanie, jakie pozwolę sobie Państwu zadać, brzmi: czy ucząc się esperanta można polegać na wydanych w Polsce (na zlecenie PZE) słownikach i w jakim stopniu?

Problem jest tu nieco szerszy. Esperanto powstało jako język sztuczny (powinniśmy chyba mówić „konstruowany język” lub „planowany język”, przez analogię do „malowany dzbanek”), jednak z tego, co czytałem, dziś liczbę jego użytkowników liczy się w milionach (czym na przykład bije na głowę liczbę użytkowników ido, reklamowanego jako odnowione esperanto, których jest jakiś tysiąc razy mniej). Istnieją nawet ludzie, dla których esperanto jest językiem pierwszym (np. dzieci pochodzące z małżeństw mieszanych, w których domach używa się esperanta jako języka neutralnego, by nie faworyzować żadnego z rodziców). Wszystko to oznacza, że oprócz języka trzymającego się ściśle wytycznych Akademii, istnieje też język użytkowy, który w wielu szczegółach może się znacznie różnić od tego „przepisowego” (zupełnie tak, jak współczesny język polski w wielu punktach rozchodzi się z zaleceniami formułowanymi przez naszych uczonych ortoepików, bezskutecznie usiłujących narzucać nieżyciowe zasady w wydawanych przez siebie słownikach).

Lektura różnych dostępnych źródeł internetowych, choćby Wikipedii, dostarcza ciekawych informacji o nowych trendach językowych ubogacających esperancką gramatykę, typu:
• proste formy wyrazów przeciwstawnych (cis = maltrans, post = malantaŭ, dubi = malkredi, stulta = malsaĝa, infra = malsupra, hardi = malmoligi, ĉipa = malmultekosta i in.),
• imiesłowy przypuszczające (-unta, -uta; https://eo.wikipedia.org/wiki/Untismo),
• syntetyczne formy czasów złożonych (farantas zamiast estas faranta),
• sufiks -iĉ- tworzący nazwy osobników męskich (https://eo.wikipedia.org/wiki/-i%C4%89-)
• wspólny zaimek 3. osoby liczby pojedynczej ri, niewskazujący na płeć (nawiasem mówiąc takie właśnie rozwiązanie funkcjonuje w bardzo wielu językach świata, choćby w węgierskim, fińskim czy mandaryńskim, stąd pojawienia się „ri” w esperancie nie można traktować tylko jako wyrazu chęci podporządkowania się poprawności politycznej; zwracam uwagę na cytat ze strony https://eo.wikipedia.org/wiki/Riismo: „La pronomo ri estas instruata de pluraj lernolibroj de Esperanto”).

Na razie żadne z tych nowinek nie zagościły chyba w wydawanych w Polsce publikacjach (czyli jak zwykle jesteśmy sto lat za… Duńczykami na przykład). Rozumiem, że przyczyną jest fakt ich niezatwierdzenia przez Akademię (i konserwatyzm polskich esperantystów, bo jak widać innym nieoficjalnych charakter nowinek nie przeszkadza i wolą uczyć języka w takim kształcie, w jakim się go używa, a nie tylko w takim, w jakim „powinno” się go używać).

A jednak… zarówno w słowniku Michalskiego, jak i Pettyna, pojawiły się formy takie jak aliu „ktoś inny”, aliam „kiedy indziej”, czyli traktujące rdzeń ali- jako „tabelaryczny” (jak ki-, i-, ĉi-, ti-, neni-). Mnie osobiście pomysł ten wydaje się doskonały (ot, jedna seria zaimków więcej do tabeli), tyle tylko, że po pierwsze jest to całkowicie nieoficjalne (jak poucza lektura internetu), a po drugie konfliktowe. Chodzi o to, że „tradycyjnie” forma alie znaczy „inaczej”, natomiast zgodnie z logiką „tabelaryczną” powinna oznaczać „gdzie indziej” (kie? – alie). Widzę tu rażącą niekonsekwencję: jeżeli do słowników wprowadzamy „aliu”, „aliam”, to dlaczego na przykład nie „ri”?

Zupełne inne pytanie brzmi, dlaczego o tych problemach nie mówi się na kursach (chyba słowa na ten temat nie ma np. w publikacji Wimmera). Choćby tylko po to, by ostrzec, że formy „aliu” czy „aliam” są „błędne”, cokolwiek miałoby to oznaczać. A mimo to znaleźć je można w firmowanych przez PZE słownikach (za to innych „postępowych” form, jak „ri”, już nie można znaleźć).


Pozdrawiam bardzo gorąco i życzę wielu sukcesów.

Grzegorz Jagodziński


ADD

Rozumiem, że mogą Państwo być zainteresowani np. wyłącznie wewnętrznymi sprawami Polskiego Związku Esperantystów, a nie zdobywaniem nowych adeptów czy choćby reklamowaniem samego języka (choć czy jest to właściwa postawa, kłóciłbym się bardzo, tym bardziej, że witryna nosi nazwę esperanto.pl, a nie pze.pl). Mają też Państwo oczywiste prawo, by nie przejmować się, skąd Państwa czytelnik ma zdobyć informacje na temat możliwości zdobycia tej publikacji. Jednak ja sam jestem webmasterem, i naprawdę zachodzę w głowę nad sensem umieszczania na witrynie informacji, z której kompletnie nic nie wynika.

No bo pomyślmy. „Oto nasze wydawnictwa”. Tu zdjęcie okładki kursu napisanego przez Pawła Wimmera. I co z tego wynika dalej? Jaki jest cel umieszczania tej informacji? Chodzi tylko o pochwalenie się innym: o, coś robimy, wydaliśmy darmowy podręcznik! OK, darmowy, ale niedostępny? Przecież to bez sensu. A jeśli dostępny, to gdzie? Czy żeby się tego dowiedzieć, gość witryny PZE ma pytać wujka Google’a?

Proszę darować własną opinię, ale wygląda to naprawdę nie tylko bardzo nieprofesjonalnie, ale wręcz lekceważąco. Gość Państwa witryny może to odczytać tylko w jeden sposób: tak, wydaliśmy darmowy kurs. Ale nie zamierzamy ci go udostępniać, ani nawet informować, skąd go ściągnąć. Mamy cię gościu w serdecznym poważaniu i nie obchodzi nas kompletnie to, ze chcesz się uczyć esperanta, nas obchodzą bardziej zmiany w statucie naszej organizacji (czyli zajmujemy się wyłącznie sobą, a swoje problemy to ty sobie rozwiązuj sam).

Jeśli źle odczytałem intencję pomysłodawców takiego chwalenia się wydaną publikacją, bardzo proszę o sprostowanie. Bardziej liczyłbym jednak na wskazanie mi miejsca, z którego można ściągnąć tę bezpłatną publikację, jak rozumiem nie tylko sam tekst, ale jeszcze nagrania (skoro jest to publikacja multimedialna). Choćby po to, by pomóc mojej znajomej studentce w poznawaniu tajników języka, któremu Państwo poświęcacie swój czas.

Mam też nadzieję na chwilę refleksji z Państwa strony. Skoro ja doszedłem do takich a nie innych przemyśleń, to zapewne inni też dojdą. Może warto byłoby coś zmienić na witrynie, umieścić jakąś czytelną zachętę dla gości, by zechcieli uczyć się esperanta, i podsunąć im pomysł, by skorzystali z Państwa publikacji, którą Państwo im udostępniają. Jak na razie tego udostępnienia po prostu brakuje.

Przyznam, że dzięki swojemu uporowi, sprytowi, szczęściu i umiejętności indagowania wujka Google’a, udało mi się ściągnąć tekst publikacji P. Wimmera (jednak bez dodatków multimedialnych). Przejrzałem też kilka informacji w nim zawartych, i mam do nich pewne uwagi. A skoro Państwo publikację tę opatrują szyldem „niaj eldonaĵoj”, to chyba uwagi też też powinny Państwa zainteresować.

***
I dlaczego żadnej wzmianki o tym problemie nie było ani w skryptach A. Pettyna, z których korzystałem, ani w publikacji P. Wimmera?

Dlaczego w żadnym dotąd wydanym, znanym mi podręczniku, nie ma informacji, że esperanckie „h” ma być wymawiane inaczej niż jakikolwiek dźwięk języka polskiego, i że wymowy tej trzeba się nauczyć? Przecież to jest informacja absolutnie kluczowa dla każdego uczącego się języka!

Zamiast tego wyjaśnieniem opatruje się wyłącznie literę „ĥ”, która akurat ma przecież polski odpowiednik.

Mnie zaś, kiedy pytałem o wymowę „h”, udzielono zdawkowej informacji NIE NA TEMAT, bo dotyczącej akurat wymowy „ĥ”, o którą przecież nie pytałem, bo tu nie ma o co pytać. A mianowicie powiedziano mi, że „ĥ” jest dziś zastępowane przez „k”. Po pierwsze, jest to nieprawda, bo są wyrazy, w których nie jest zastępowane (np. ĉeĥo). Po drugie, to przecież nie jest odpowiedź na pytanie. Dziś jako nauczyciel oceniam osobę, która wtedy odpisała mi w taki sposób, na niedostateczny za brak zdolności rozumienia pytania. Osoba ta absolutnie nie powinna zajmować się edukacją, skoro sama nie rozumie podstaw esperanckiej wymowy, i to po latach muszę niestety przekazać.

Jeszcze raz postawię więc pytanie: skoro esperanckie „ĥ” wymawia się jak polskie „ch”, to jak wymawia się esperanckie „h”? I dlaczego nie ma o tym żadnej wzmianki w wydanych dotąd podręcznikach?

Tyle tytułem wyrzutów i słusznych pretensji, teraz podzielę się własną wiedzą w temacie i tym, co udało mi się ustalić.

Jeśli więc rozróżnienie esperanckich „h” i „ĥ” polega na tym samym, co odróżnienie „h” i „ch” w czeskim, każdy podręcznik esperanta dla Polaków powinien zawierać informację, że litera „h” oznacza dźwięk, którego wymowy trzeba się długo uczyć, i że będzie to stanowiło olbrzymi problem. Esperantyści lubią jednak chyba na każdym kroku podkreślać, jak bardzo łatwym językiem jest esperanto. Przyznanie, że poprawna wymowa jakiegoś dźwięku może okazać się niebotycznie trudna (tak właśnie jest z wymową czeskiego „h”) byłoby najnormalniej niepoprawne politycznie. Bo przecież esperanto jest takie łatwe…

Nie jest. Esperanta trzeba się uczyć tak samo, jak każdego innego języka obcego. Może rzeczywiście mniej obciąża pamięć dzięki rozwiniętemu słowotwórstwu i bardzo regularnej morfologii, ma jednak wciąż wiele rzeczy do wyćwiczenia, wcale nieoczywistych, a czasem wręcz całkowicie egzotycznych. Wkuć na pamięć trzeba liczne wyrażenia, które są zbudowane całkiem inaczej niż w polskim, esperanto jako jedyny znany mi język wykazuje odmianę przysłówków przez przypadki (tak!!! - nie wiem, czy na świecie jest inny taki język! – chodzi o odróżnienie typu „mi restes hejme” : „mi iras hejmen”), bardzo nietypowe jest też użycie trybu rozkazującego jako łączącego (którego samo istnienie jest dla Polaka źródłem kłopotów). Esperanto ma też wiele innych osobliwości gramatycznych, które wcale nie czynią go językiem prostym. Dla Polaka taką uciążliwością jest na pewno istnienie przedimka „la”, by wspomnieć tylko o rzeczy najbardziej oczywistej. Odstraszająco wyglądają też wyrazy tasiemcowe zbudowane jak w niemieckim, którymi straszy się wszystkich zaczynających naukę tego języka (w esperancie do takich wyrazów należy choćby naskiĝdatreveno). To prawda, teksty esperanckie nie są nimi specjalnie przeładowane i w sumie dość łatwo można je rozumieć, ale już tworzenie takich tasiemców na pewno nie jest czynnikiem ułatwiającym naukę. Dla mnie osobiście były one po prostu cechą egzotyczną języka. Uciążliwe jest jednak to, że wielu terminów trzeba się jednak uczyć od podstaw, np. tego, że pojęcie szkoły takie jak w języku polskim, nie istnieje w esperancie, i trzeba się nauczyć, że szkołę nazywa się uczelnią (tyle przecież znaczy „lernejo”). A przecież po polsku szkoła i uczelnia to dwie różne rzeczy… Po prostu mówiąc po esperancku, trzeba nauczyć się patrzeć na świat całkiem inaczej niż wówczas, gdy mówi się po polsku. Jest to fascynujące, ale nie można w żadnym wypadku twierdzić, że ułatwia naukę. A to, że przy nauce choćby angielskiego bywa znacznie gorzej… to nie jest dostatecznym tłumaczeniem.

Skoro jak pokazuję na przykładach, esperanto wcale nie jest językiem trywialnym (choć oczywiście jest prostsze od języków narodowych, przynajmniej tych używanych w Europie czy też szerzej w kręgu cywilizacji zachodniej), warto byłoby podkreślać przy każdej okazji, że jego opanowanie wymaga też nauki zupełnie nowego, obcego dla Polaka dźwięku. I że dźwiękiem tym nie jest żaden z tych oznaczanych literami z daszkiem czy łuczkiem, ale właśnie dźwięk oznaczany literą „h”.

Dlaczego nie piszą o tym autorzy podręczników esperanta dla Polaków, nie wiadomo. Ale dlaczego nie uczy się tego na kursach języka esperanto, pozostaje już dla mnie kompletną zagadką.

W każdym wypadku oczekiwałbym też refleksji na przyszłość i umieszczania informacji o różnicy między „h” a „ĥ” we wszelkiego rodzaju kursach i podobnych opracowaniach, ze szczególnym podkreśleniem faktu, że esperanckie „h” oznacza dźwięk obcy dla Polaka, i że jego artykulacji trzeba się wyuczyć, co może okazać się bardzo trudne.

, a winni temu błędowi są autorzy podręczników i nauczyciele na esperanckich kursach, którzy w ogóle zbywają milczeniem problem wymowy „h”. W szczególności kompletnie nie informują uczących się, że esperanckiego „h” trzeba się dopiero wyuczyć i że zastępowanie go polskim „ch” jest nie do przyjęcia. Było na przykład bardzo miło, gdyby pan Wimmer zechciał informację o tym umieścić w swoim podręczniku; jak zauważyłem tworzone są bowiem jego kolejne wersje. A skoro PZE nazywa ów podręcznik swoim wydawnictwem, także powinno chyba być odpowiedzialne, by wreszcie zacząć walczyć z szerzeniem się błędnej wymowy, którą Polakom słusznie wytykają na Wikipedii.

A że to niszczy mit prostoty esperanta? Cóż, inni mają gorzej. Dla przedstawicieli bardzo wielu narodów wymowa esperancka jest makabrycznie trudna, a pewne wyrazy, jak choćby słynne chyba „ekssklavo” (ze zbitką 5 spółgłosek), stanowią „tongue twister” nie do opanowania. Zresztą… gdyby esperanto naprawdę było takie proste, nie powstawałyby listy błędów w wymowie tego języka.

Zamenhof – Universala vortaro, i inne:

Część poprzednia Spis treści

Jeśli twoja przeglądarka nie akceptuje polecenia Object, wczytaj ten dokument