2024-02-10

Grzegorz Jagodziński

Stanowisko w sprawie proponowanych zmian w oświacie

Oto treść listu wystosowanego do ministry edukacji narodowej w dniu 09.02.2024.

Szanowna Pani Ministro!

Zdecydowałem się napisać do Pani w odpowiedzi na ponawiane wezwania rządzących do obywatelskiej aktywności. Mam bowiem uwagi do obecnego stanu polskiej oświaty, a także przemyślenia, co można w tym zakresie zmienić z korzyścią dla wszystkich uczestników procesu nauczania–uczenia się. Uwagi te podzielę na dwie części. Pierwsza zawierać będzie analizę Pani pomysłów dotyczących zlikwidowania zadań domowych. Druga obejmie kilka innych problemów szeroko pojętej polskiej szkoły, w tym kwestię podstaw programowych.

Jestem nauczycielem, skończyłem studia w zakresie biologii. Obecnie nie pracuję w szkole z powodów finansowych, o czym jeszcze wspomnę w części drugiej. Nie należę niestety do tych fascynatów, którzy gotowi są tyrać w szkole za miskę ryżu, jak to obrazowo ujął niesławny poprzedni premier polskiego rządu. Niemniej mam ciągłą, praktyczną styczność z edukacją, zatem wszystkie moje uwagi są mocno osadzone w realiach, które mam okazję obserwować na co dzień.

Mam nadzieję, że mój głos zostanie wysłuchany i wzięty pod uwagę podczas podejmowania ostatecznych decyzji odnoszących się do polskiej edukacji szkolnej. Podkreślam, że moim celem nie jest przestawienie samych pomysłów, ile raczej argumentów, które powinny być wzięte pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Cieszyłbym się niezmiernie oczywiście przede wszystkim wówczas, gdyby uznała je Pani za trafne. Mam też nadzieję, że jeśli zostaną odrzucone, to poznam tego powody. Rozumiem przez to wykazanie, że moje argumenty są nietrafne, albo że pominąłem jakieś ważne okoliczności, które przemawiają za decyzjami zupełnie przeciwnymi do sugerowanych.

Pozwolę sobie ponumerować poruszone tu problemy tak, by można było łatwiej się do nich odnieść. W tej części omówię tylko pierwszy z nich.

1. Szkoła bez zadań domowych

Zapowiedź szkoły bez prac domowych był jednym ze 100 konkretów wyborczych, który od samego początku wzbudzał poważne zastrzeżenia. Ogół społeczeństwa nie przyjął go zbyt entuzjastycznie. Ludzie na ogół są bowiem przekonani, że forma obligatoryjnych zadań domowych jest właściwym środkiem mobilizującym uczniów. Najgorsze jest to, że część opinii publicznej od razu winą za ten pomysł obarczyła nauczycieli. W artykułach prasowych przeczytać można cytaty w rodzaju „nauczyciele dostali podwyżki, a nie chce im się sprawdzać zadań”. Jeżeli więc demokratyczna koalicja miała tą zapowiedzią zyskać sobie dodatkową sympatię wyborców, to chyba to się niezupełnie udało. Obwiniający nauczycieli najwyraźniej uważają, że rezygnacja z zadań domowych byłaby poważnym błędem, a samym nauczycielom z pewnością nie podoba się fakt, że to na nich zrzuca się odpowiedzialność za ten pomysł. Zresztą nawet i bez tego mówią oni (jeśli wierzyć prasie) wprost: nie tędy droga. Najogólniej rzecz ujmując, całkowicie popieram ten punkt widzenia.

Pojawia się też bardzo poważne oskarżenie pod adresem rządzących, w tym oczywiście przede wszystkim pod adresem Pani Ministry. Wygląda bowiem na to, że na realizacji tego rodzaju zapowiedzi koalicja chce zbijać kapitał wyborczy. Rozmija się to całkowicie z oczekiwaniami: oświata powinna być tak daleka od polityki, jak to tylko możliwe. Innymi słowy, to nie do polityków powinna należeć decyzja, jak nauczyciel ma zamiar zrealizować postawione przed nim cele, do których należy przekazanie wiedzy i umiejętności młodemu pokoleniu. Niech nie robią tego politycy, a nauczyciele. I to właśnie nauczyciele wiedzą najlepiej, jak te cele osiągnąć. Szkole potrzebny jest spokój, a nie nakazy i zakazy formułowane przez polityków, formułowane nie dla dobra szkoły, ale tylko po to, by wzrastało ich poparcie w społeczeństwie.

To do nauczyciela, i tylko do nauczyciela, powinna należeć decyzja, jak osiągnąć zamierzone cele dydaktyczne. Niech po prostu każdy robi to, co do niego należy. Nauczyciele po to zdobywają wiedzę i umiejętności z zakresu metodyki nauczania, by później móc w nieskrępowany sposób wiedzę tę wykorzystywać. Jeśli politycy uważają, że wiedzą lepiej od nauczycieli, jak ci mają uczyć, to może znak, że powinni sami spróbować pracy w szkole. Dokładnie takie jest nastawienie środowiska. Nauczyciele na ogół nie wtrącają się do polityki (chyba że muszą). Niechże i politycy zostawią nauczycielom dostatecznie dużo swobody działania. Sugerowałbym zatem zamknięcie tematu i wycofanie się z wszelkich prób regulacji tego, co nauczyciele mają czy nie mają zadawać uczniom jako pracę domową i czy mają to oceniać, czy też nie.

Oczywiście tego rodzaju sugestia jest na razie niemal wyłącznie opinią. Istnieją jednak poważne argumenty przemawiające za zaniechaniem ręcznego sterowania problemem zadań domowych. Mają one naturę bardzo różną, merytoryczną, dydaktyczną, pedagogiczną, socjologiczną, a także polityczną. Pozwolę sobie dla porządku je ponumerować.

Arg. 1. Zakazanie zadawania zadań domowych skieruje na nauczycieli społeczne niezadowolenie (co już się dzieje). Znacząca część społeczeństwa uzna, że nauczycielom nie chce się robić, mimo że dostali wysokie (???) podwyżki (o kwestiach wysokości podwyżek wspomnę w drugiej części). Nie przysporzy to popularności rządzącej koalicji wśród tych narzekających (w najlepszym wypadku będzie im to obojętne, ale niektórzy na pewno przerzucą odpowiedzialność na polityków), a już na pewno nie wśród nauczycieli. Proszę spróbować oszacować potencjalny spadek poparcia politycznego.

Arg. 2. Niesławnej pamięci eksminister Czarnek próbował ręcznie kierować oświatą, na przykład wymuszając na nauczycielach szerzenie jedynej słusznej ideologii (katolickiej), nie tylko na lekcjach religii, ale najlepiej na lekcjach wszystkich przedmiotów. Obecnie wszyscy mają już dość takiego narzucania „właściwej” linii działania szkoły. Proszę przeanalizować to w aspekcie czysto politycznym. Czy Pani Ministra naprawdę uważa, że wprowadzenie zakazu zadawania prac domowych uczniom przysporzy jej popularności w środowisku szkolnym? Czy przypadkiem takie działanie nie będzie zbyt podobne do tego, co wyprawiał Pani poprzednik (i jego pomagierzy w rodzaju krakowskiej kurator, równie niesławnej co on pamięci)? Nieważne, że tym razem nacisk pójdzie w całkiem inną stronę. Chodzi o sam fakt, że znowu ministerstwo zdaje się wiedzieć lepiej od nauczycieli, jak uczyć i czego uczyć, i znowu najważniejsze stają się argumenty ideologiczne (bo ktoś tam niemający pojęcia o realiach szkoły uznał, że uczyni wielkie dobro, narzucając siłą nauczycielom zakaz zadawania prac domowych).

Arg. 3. Wiele złego i wiele dobrego można powiedzieć o polskiej edukacji (o czym też jeszcze napiszę), ale dość powszechnie uważa się, że są kraje, w których edukacja jest znacznie lepiej ukształtowana niż u nas. W tym kontekście wymienia się między innymi kraje skandynawskie, w tym zwłaszcza Finlandię. Otóż w krajach tych (zresztą nie tylko tam) edukacja nastawiona jest w o wiele większym stopniu niż u nas na rozwijanie kreatywności ucznia, a tę uczeń może tylko zdobyć, pracując dużo indywidualnie. Częścią zdobywania i rozwijania przez ucznia umiejętności ma być samodzielne wyszukiwanie informacji, praca w terenie (w czasie wolnym od zajęć szkolnych!), wykonywanie różnego rodzaju projektów i prezentacji, a następnie przedstawianie ich na forum klasy i dyskusja nad nimi w gronie kolegów i koleżanek. Podobne elementy występują także choćby w systemie szkolnym USA, przynajmniej w tzw. lepszych szkołach. Proszę zauważyć, że już dawno w wielu miejscach na świecie mądrzy ludzie uznali, że warunkiem skutecznej edukacji jest właśnie wytężona praca ucznia w tzw. czasie wolnym, to znaczy poza szkołą. Jeśli zatem nasza edukacja ma podążać w tę samą stronę, co edukacja w krajach bardziej rozwiniętych, powinniśmy obowiązkowo ZWIĘKSZYĆ ilość prac domowych zadawanych uczniom. Tylko tak nauczą się oni samodzielności w zdobywaniu wiedzy, krytycyzmu, umiejętności odsiewania rzetelnych informacji od plotek.

Arg. 4. Zgadzamy się chyba wszyscy, że wiodącymi przedmiotami w edukacji szkolnej są język polski, matematyka i język obcy, na ogół angielski. Jako nauczyciel z pewnym stażem pracy w szkole i znacznie dłuższym poza szkołą powiem tak: nie wyobrażam sobie, w jaki sposób uczeń miałby opanować sztukę pisania czy wypowiadania się w języku polskim, sztukę liczenia (choćby dodawania czy mnożenia), a także umiejętność komunikowania się w języku obcym, jeśli nie będzie indywidualnie, intensywnie ćwiczyć tych umiejętności. Wizja, w której w trzydziestoosobowej klasie uczniowie opanowują wyłącznie w czasie zajęć lekcyjnych setki nowych słówek angielskich, sztukę pisania rozprawek czy wykorzystania twierdzenia Pitagorasa w praktyce, jest wizją nie tylko nierealną, ale wręcz utopijną. Zadania pisemne, które muszą wykonywać obecnie uczniowie, nie mają na celu (przynajmniej w założeniu) zabrania im wolnego czasu, ale pomoc w opanowaniu nowych wiadomości i umiejętności, w wyćwiczeniu ich przez powtarzanie. Choć sam byłem jako uczeń pilny i można powiedzieć wybitny, i tak musiałem poświęcać dużo czasu na ćwiczenie nowych technik obliczeniowych w matematyce, nie wspominając na przykład o nauce chemii (w tym uzgadniania równań redoks). Aby osiągnąć wybitne wyniki w nauce, potrzebowałem właśnie zadań domowych w dużej ilości, bo tylko tak, stosując zauważoną już przez starożytnych dyrektywę „repetitio est mater studiorum”, byłem w stanie opanować nowe umiejętności. Bardzo wątpię, by w polskich szkołach było wielu uczniów, którzy po zapoznaniu się na lekcji z nową techniką obliczeniową od razu umieli ją stosować bez błędów. Zadania domowe są właśnie po to, by mogli oni wyćwiczyć to, co objaśnił im na lekcji nauczyciel. A ponieważ wielu uczniów nie ma dziś w ogóle umiejętności samokontroli, ocenianie zadań domowych przez nauczyciela pełni bardzo potrzebną funkcję mobilizującą, by nie rzec zmuszającą ich do pracy. Jeśli tego zabraknie, nie będą robić w domu nic z własnej inicjatywy, i w rezultacie ukończą szkołę jako ludzie niewykształceni, którym brak podstawowych umiejętności typu tabliczka mnożenia czy sztuka argumentowania.

Arg. 5. Nauczyciele języka polskiego dostają specjalny dodatek za sprawdzanie wypracowań, głównie domowych. Zakaz zadawania prac pisemnych do domu będzie niczym innym jak próbą ograbienia tych nauczycieli z dodatku, który w jakimś przynajmniej stopniu poprawia ich niskie wynagrodzenie za ciężką pracę, którą wykonują. Należałoby pójść dokładnie w przeciwnym kierunku. Także nauczyciele np. biologii, chemii, historii powinni zadawać prace domowe i otrzymywać dodatek do pensji za ich sprawdzanie, co niewątpliwie przyczyniłoby się do polepszenia umiejętności uczniów choćby w zakresie samodzielnego wyszukiwania wiedzy.

Arg. 6. Nie jest żadną tajemnicą, że wśród wyborców, a zwłaszcza wśród WYZNAWCÓW PiS-u przeważają osoby z niskim wykształceniem (choć stwierdzenie to ma charakter prawdy statystycznej). Pozbawienie uczniów wymogu samodzielnej pracy w domu z całą pewnością ograniczy ich poziom wykształcenia. Umiejętności i wiadomości nie zdobywa się bowiem w zespole klasowym, ale przede wszystkim w czasie pracy samodzielnej. Koalicja rządząca, ograniczając nauczycielom dostępność narzędzi dydaktycznych (takich jak zadania domowe), doprowadzi do pogorszenia przeciętnego wykształcenia nowych roczników, a zatem gdy te osiągną pełnoletność, oddadzą swoje głosy na przeciwników politycznych. Należałoby w swoim własnym, jak najlepiej pojętym interesie, zadbać o właściwy rozwój intelektualny dzieci i młodzieży tak, aby nie chłonęli oni średniowiecznych, konserwatywnych, zaściankowych i ksenofobicznych ideologii, a zamiast tego zmuszać ich do poszerzania własnych zainteresowań, wiedzy o świecie, tzw. horyzontów po to, by przekonali się oni, że postęp, nowoczesne myślenie, proeuropejska postawa i szacunek dla konstytucji i demokracji są lepsze niż emocjonowanie się ubliżaniem osobom LGBT+ czy udział w krucjatach w tak zwanej obronie życia, organizowanych przez światopoglądowo wsteczne organizacje, odrzucające racjonalizm i kierujące się ideologią uformowaną dwa tysiące lat temu, w zupełnie innym miejscu świata.

Arg. 7. To nauczyciel pracujący w danej szkole z konkretnymi uczniami, a nie siedzący w Warszawie za biurkiem ten czy inny urzędnik, zna (a przynajmniej powinien znać) ich potrzeby edukacyjne. Po to właśnie zmuszono go kiedyś do ukończenia studiów i zdobycia przygotowania pedagogicznego poprzez studiowanie psychologii, pedagogiki i zwłaszcza dydaktyki swojego przedmiotu, by teraz wiedział on, jak najskuteczniej stymulować edukacyjny rozwój swoich uczniów. Zabieranie mu teraz narzędzia pracy, jakim są właśnie zadania domowe, jest najprościej mówiąc działaniem nieetycznym, by nie rzecz aroganckim. Jest też przejawem nieuzasadnionego podważania jego kompetencji i to przez osoby, które nie mają pojęcia o zasadach nauczania, a zamiast tego kierują się chęcią zdobycia politycznego poklasku (czyli wzrostu poparcia dla własnej partii). Takie działanie nie ma nic wspólnego z troską o Polskę.

Arg. 8. Dla części rodziców to lepiej, że ich dziecko ma mniej do roboty w domu, bo przyjmują oni zasadę, że ich źle rozumiana pomoc jest niezbędna w wykonywaniu prac domowych. Jest to podejście patologiczne, które należy skorygować, i właśnie to powinno być zadaniem polityków. Zamiast zakazu zadawania prac domowych powinno się raczej wprowadzić rodzicom zakaz wyręczania dzieci w ich szkolnych obowiązkach. W skrajnym przypadku może nawet warto rozważyć sytuację, w której nauczyciel, widząc, że to rodzice odrobili lekcje za swoje dzieci, informuje o tym odpowiednie urzędy, a te pouczają rodziców, a nawet karzą ich za nieetyczne zachowanie i za przeszkadzanie dzieciom w zdobywaniu wiedzy. Rodzice powinni ograniczyć się do dopilnowania, by dziecko wykonało swoje obowiązki. Mam nieodparte wrażenie, że wprowadzenie zakazu zadawania prac domowych ma być gestem w stronę rodziców, by zwolnić ich z siedzenia ze swoimi pociechami. Ale przecież ta sytuacja jest głęboko niewłaściwa! Rodzice powinni zostać uświadomieni, jak wielką krzywdę wyrządzają dzieciom, odrabiając za nie zadania domowe. Zupełnie innym problemem jest to, że zadania domowe powinny być tak formułowane, by dziecko nie miało problemów z jego odrobieniem. Jeśli w szkole pracować będą nauczyciele fachowcy, bardzo dobrze opłacani, wykonujący to, co do nich należy, a nie tylko prowadzący obszerną dokumentację zamiast nauczania (o czym niżej), to z pewnością o to zadbają. Inaczej mówiąc: argument, że znosząc zadania domowe, daje się dzieciom, a zwłaszcza ich rodzicom, więcej czasu wolnego, jest całkowicie chybiony.

Arg. 9. Części rodziców jednak zależy, by ich dzieci zdobyły odpowiednie wykształcenie, i by w przyszłości nie zostały wyznawcami PiS-u. Jeśli szkoła nie zadba o to, by dziecko musiało pracować także w czasie wolnym (bo to jedyny sposób na zdobycie i ugruntowanie wiedzy i umiejętności zdobytych na lekcjach), to rodzice takich dzieci będą posyłać je na korepetycje (z czego ja akurat z pewnych powodów bardzo się cieszę). Jeśli Pani Ministrze chodzi o to, by podnieść ceny korepetycji i zapewnić dopływ nowych osób tak, by maksymalnie wypełnić czas korepetytorów, to zakaz zadawania prac domowych jest decyzją głęboko słuszną!

Arg. 10. Przekonanie, że nie dość, że pobyt w szkole obejmuje wiele godzin w tygodniu, a do tego dochodzą jeszcze liczne zadania domowe, więc uczniowie nie mają czasu na ruch i wypoczynek, jest ogólnie rzecz biorąc nieuzasadnione. Doświadczenie uczy, że gdyby nawet uczniowie mieli więcej czasu wolnego, i tak przeznaczyliby go na czatowanie lub granie na smartfonie, a nie na ruch. W wypowiedziach ludzi krytykujących zadawanie zadań bardziej chodzi o to, że to oni nie mają czasu, bo odrabiają prace domowe za swoje dzieci.

Arg. 11. Rzekomy (czy też rzeczywisty) brak wolnego czasu uczniów bardzo często wynika także nie z nadmiernego obciążenia ich zadaniami domowymi, ale z nieprzemyślanej (dyplomatycznie mówiąc) postawy rodziców, którzy zapisują je na wszystkie możliwe zajęcia pozalekcyjne, typu szkoła muzyczna, chór, oaza, tańce, rysowanie, basen, hipoterapia, a do tego zabierają im czas na naukę, bardzo często odwiedzając wraz z nimi liczną rodzinę. W ten sposób uczeń rzeczywiście nie ma ani chwili wytchnienia i można powiedzieć, że pracuje 100 godzin tygodniowo, znacznie więcej niż dorosły pracownik etatowy. Nikt nie twierdzi, że wizyty rodzinne czy zajęcia pozaszkolne są złe w założeniu, powinny jednak istnieć pewne limity, których niektórzy rodzice zdają się zupełnie nie dostrzegać. Oczywiście później narzekają, że przez nadmiernie obciążające zadania domowe ich dziecko nie ma czasu wolnego. Tymczasem to oni sami są temu winni, skoro chcą zrobić z ucznia szkoły podstawowej co najmniej gwiazdę Hollywood. Zamiast ograniczać czy wręcz likwidować zadania domowe, należałoby więc raczej zainteresować się, jak rodzice wychowują swoje dzieci, i w pewnych przypadkach zaoferować im pomoc różnego typu. A w sytuacjach skrajnych zmusić urzędowo (np. odpowiednimi karami) do zapewnienia dziecku czasu wolnego i do rezygnacji z części zajęć pozaszkolnych. Sugestia kar finansowych nie jest tu pomyłką ani przesadą. Naprawdę, niektórzy nie mają pojęcia, że dziecku należy się też czas wolny, i być może należałoby tym osobom wytłumaczyć ich błąd, sięgając do ich portfela. I nie chodzi tu o wprowadzanie zasad państwa policyjnego, ale o zapewnienie dobra młodemu pokoleniu i troskę o to, by nie było ono terroryzowane przez rodziców. Oczywiście uwagi te dotyczą tylko osób, które taki terror uprawiają. Może nie jest ich bardzo dużo, mam jednak wrażenie, że ich odsetek nie jest zaniedbywalny.

Arg. 12. Bardzo ciekawy argument podała mi jedna z uczennic, a ja pod jej wypowiedzią podpisuję się w pełni. Otóż zadania domowe są dla ucznia okazją do zarobienia dobrej oceny i podniesienia sobie średniej. Odebranie uczniom możliwości łatwego poprawienia wyników w nauce jest działaniem wymierzonym w uczniów i wbrew ich interesowi. A przede wszystkim w żadnym wypadku nie powinni tego robić politycy, którzy nie uczestniczą bezpośrednio w procesie nauczania–uczenia się.

Arg. 13. Zakaz zadawania zadań domowych skutkować będzie brakiem praktyki samodzielnego uczenia się. Zadania domowe są często zaprojektowane tak, aby umożliwić uczniom powtórzenie i utrwalenie materiału poza salą lekcyjną. Mogą one pomóc w utrzymywaniu wiedzy w pamięci uczniów i umożliwić im praktykę i samodzielne zastosowanie poznanych umiejętności.

Arg. 14. Wykonując zadania domowe, uczniowie mają okazję do rozwijania umiejętności samodyscypliny i organizacji czasu. Zakazanie zadań domowych może ograniczyć tę praktykę, co może mieć negatywny wpływ na zdolność uczniów do samodzielnego kształcenia się. Natomiast wykonywanie zadań poza szkołą wymaga samomotywacji i umiejętności zarządzania czasem, które są ważne w życiu dorosłym. A w końcu podstawową rolą szkoły jest właśnie przygotowanie uczniów do dorosłego życia.

Arg. 15. Zadania domowe mają na celu kształtowanie umiejętności samodzielnego i krytycznego myślenia. Często wymagają one od uczniów rozwiązania problemu w sposób niekonwencjonalny, co pomaga w rozwijaniu kreatywności i umiejętności rozwiązywania problemów. Należy jedynie zadbać o to, aby zadań nie odrabiali za uczniów ich rodzice.

Arg. 16. Uczniowie, wykonując zadania domowe, mają dodatkową okazję, by dogłębnie zrozumieć materiał. Zadania domowe mogą zatem pomóc uczniom w pogłębianiu wiedzy, która została im przekazana na lekcji. Praca nad zadaniem domowym pozwala uczniom na samodzielne przemyślenie i przetrawienie materiału oraz zadawanie pytań na temat niejasnych kwestii. Bez zadań domowych, uczniowie mogą mieć trudności z utrwaleniem i zrozumieniem pełnego zakresu materiału. Byłby jak adept nauki jazdy figurowej na lodzie, który tylko patrzy na to, co robią mistrzowie. Wszelki rozwój wymaga indywidualnego, samodzielnego zmierzenia się z problemem w o wiele większym zakresie niż w trakcie pobytu przed tablicą w trzydziestoosobowej klasie. Szkoła ma za zadanie przygotowanie do dorosłego życia, w tym do przyszłej pracy. Czy chodzi o wyprodukowanie przyszłych pracowników, którzy będą się ograniczać do przyjścia do pracy i wyjścia z niej, pozbawionych jakiejkolwiek kreatywności, operatywności i inicjatywy?

Arg. 17. Zadania domowe mogą być dostosowane do indywidualnych potrzeb uczniów. Uczniowie wolą wiedzieć, co mają umieć, i chcą dokładnych wskazówek do pracy. Dzięki zadaniom domowym nauczyciele mogą zapewnić dodatkowe wyzwanie dla uczniów, którzy szybko przyswajają materiał, oraz wsparcie dla uczniów, którzy potrzebują dodatkowego czasu na zrozumienie. Nie jest chyba tajemnicą, że w zespołach klasowych z reguły większość uczniów stanowią uczniowie przeciętni i słabsi. To właśnie oni potrzebują konkretnych poleceń, wskazania tego, czego mają się nauczyć. Lepsi uczniowie zawsze pracują samodzielnie i więcej, mają świadomość tego, że muszą się rozwijać, i z zadowoleniem przyjmują wyzwania przekazane przez nauczyciela. Zakazanie zadań domowych może wprowadzić jednolity rytm pracy dla wszystkich uczniów, co zdecydowanie nie jest optymalne dla ich indywidualnych potrzeb i tempa nauki. Nie może być tak, że z jednej strony każe się nauczycielowi stosować indywidualne podejście do ucznia, a z drugiej odgórnymi, nieprzemyślanymi decyzjami odbiera się mu narzędzia niezbędne do tego zadania.

Arg. 18. Zadania domowe mogą być ważnym narzędziem dla nauczycieli do oceny postępów uczniów i przygotowania ich do egzaminów. Dzięki nim uczniowie mają okazję do praktyki i utrwalenia materiału, a nauczyciele mogą monitorować ich postęp i identyfikować obszary wymagające dodatkowej uwagi. Brak zadań domowych może utrudnić ocenianie postępów uczniów i przygotowanie ich do ważnych testów i egzaminów. Praca domowa pomaga więc w zweryfikowaniu wiedzy i umiejętności, co byłoby niemożliwe tylko w czasie pracy na lekcji.

Arg. 19. W sytuacji zakazu zadawania prac domowych odbiera się uczniowi możliwość poddawania się sprawdzeniu zdobytych umiejętności. Prace domowe dają nauczycielom możliwość oceny postępów ucznia i zidentyfikowania obszarów, w których potrzeba dodatkowego wsparcia. Bez prac domowych nauczyciel może mieć trudności w ocenie postępów uczniów i dostosowaniu swojej metody nauczania do ich potrzeb, ale także i samemu uczniowi może zabraknąć przesłanek do zidentyfikowania problemów, które ma w nauce.

Arg. 20. Dobre opanowanie materiału w czasie pracy na lekcji, zwłaszcza w zespole klasowym liczącym np. 30 osób, jest w praktyce całkowicie wykluczone. Rezygnacja z zadawania prac domowych miałaby być może jakąś rację bytu, nawet mimo rozlicznych zebranych tu argumentów, a i to tylko fakultatywnie, gdyby zespoły klasowe liczyły na przykład 8 uczniów, a nie 30. W takim i tylko w takim wypadku nauczyciel miałby możliwość, by dogłębnie zapoznać się z bieżącymi osiągnięciami ucznia, i w zależności od jego postępów w nauce, zastosować odpowiednie metody edukacyjne. Już szereg lat temu mowa była, że klasy szkolne nie powinny liczyć więcej niż 20-25 osób. Jednak za taką dyrektywą nie poszły żadne pieniądze, a gminy na ogół uważają, że finansowanie oświaty jest dla nich wielkim obciążeniem budżetowym. W rezultacie pierwotną ideę całkowicie wypaczono, i z maksymalnej liczebności 25 uczniów zrobiono minimalną liczebność, w celu choćby tylko zaoszczędzenia na kosztach ponoszonych w związku z uposażeniem nauczycieli. Nawiasem mówiąc, jest to całkiem inny problem, którym należałoby się zająć przede wszystkim, zamiast usiłowania narzucania nauczycielom własnych poronionych pomysłów w rodzaju zakazu zadawania prac domowych. Oczywiście obecnie wprowadzenie klas 8-osobowych jest absolutną utopią, choćby z powodu braku dostatecznej ilości pomieszczeń (klas szkolnych), a także odpowiedniej ilości nauczycieli. I nawet gdyby jakimś cudem udało się wybudować tysiące nowych szkół z małymi klasami, i tak prowadzona przez lata polityka upodlania nauczycieli (choćby przez dawanie im głodowych pensji, znacznie poniżej jakiejkolwiek krytyki, ale także przez nakładanie na nich nowych, całkowicie niepotrzebnych nikomu obowiązków) z całą pewnością wykluczy możliwość zatrudnienia nowych rzesz ludzi skłonnych poświęcać swoje życie na nauczanie cudzych dzieci (a więc na zajęcie, które nie bez powodu od dawna było przedmiotem złorzeczenia czy wręcz przekleństwa „obyś cudze dzieci uczył”).

Arg. 21. Zakaz zadawania zadań domowych w nauczaniu propedeutycznym (klasy 1–3) jest pomysłem również bardzo szkodliwym. Wiele młodszych dzieci potrzebuje spędzić przy nauce czytania, pisania i podstaw liczenia znacznie więcej czasu niż inne, i z reguły dzieci te nie są w stanie wystarczająco skupić się w klasie. W ich przypadku praca w domu jest konieczna. Jest jednak bardzo wątpliwe, czy wszyscy rodzice będą chcieli i umieli wesprzeć je w tym zakresie. Brak zadań domowych w czasie, gdy umysł dziecka jest najbardziej chłonny, połączony z brakiem normalnego oceniania i rezygnacją z praktyki powtarzania klasy w sytuacji, gdy postępy w nauce są zbyt znikome, może zaowocować skutkami o trwałym charakterze. Takie dziecko nie będzie w stanie podjąć dalszej nauki i będzie skazane na funkcjonowanie w społeczeństwie, posiadając minimalny stopień wykształcenia. O potencjalnych skutkach politycznych takiego wychowania już wspominałem. Bardzo wątpliwe, by tacy niedoedukowani obywatele stali się w przyszłości wyborcami postępowych sił demokratycznych. Będą raczej wspierać kołtunerię w różnym wydaniu, podobną do tej serwowanej do niedawna przez PiS i wspieranej przez trzecią część naszego społeczeństwa.

Arg. 22. Nie do końca wiadomo, co Pani Ministra rozumie przez zakaz zadań domowych. Czy miałby się on także odnosić do lektury treści podręczników szkolnych choćby po to, by porównać przekaz ich autorów z tym, co mówił na lekcji nauczyciel, do samodzielnego przygotowywania się ucznia do sprawdzianów i bieżącej kontroli wiadomości, do opanowywania tabliczki mnożenia, pamięciowej nauki wierszy, brzmienia ważnych praw fizycznych, twierdzeń matematycznych itd.? Przecież to też są prace domowe, i co gorsza, prace domowe podlegające ocenie. Jeśli jednak celem Pani Minister byłoby doprowadzenie do właśnie takiej sytuacji, że uczeń nie będzie się w domu uczył ładnego i wyraźnego pisania (ćwicząc je setki godzin), tabliczki mnożenia, inwokacji, sztuki argumentowania w rozprawkach, brzmienia prawa Archimedesa czy twierdzenia Pitagorasa, bo będzie się zasłaniał ministerialnym zakazem zadań domowych, to znaczy, że niestety rację miałby poseł Kaczyński, twierdząc, że celem „koalicji 13 grudnia”, jak to bezczelnie określa, jest wyhodowanie pokolenia głupich Polaków, niezdolnych do samodzielnego podejmowania żadnych decyzji, i łatwych jako przedmiot rządzenia, bo skłonnych do zgodzenia się na każdy, nawet najgłupszy pomysł rządzących. Jako zdecydowany przeciwnik konserwatywnej ciemnoty polskiej byłbym niezmiernie zawiedziony, gdyby okazało się, że jednak poseł Kaczyński miał rację. I mam żywą nadzieję, że do tego nigdy nie dojdzie, a Pani Ministra całkowicie wycofa się ze swojej nieprzemyślanej propozycji, uderzającej w polskie szkolnictwo może nawet jeszcze bardziej, niż działania Jej poprzednika.

Arg. 23. We wszystkich prymitywnych kulturach świata dzieci uczą się od dorosłych przez naśladownictwo, i robią to nie przez 5 czy 6 godzin dziennie, i to bez okresu wakacji i ferii zimowych, ale przez niemal cały okres dziennej aktywności. A kiedy nawet nie naśladują starszych, bawią się ze sobą, i to tak, że w czasie tej zabawy również się uczą. Nauka w młodocianym okresie życia przez większą część dnia jest bardzo ważna do funkcjonowania ludzi jako przedstawicieli gatunku Homo sapiens, jesteśmy do niej ewolucyjnie przystosowani, i nie stanowi ona dla nas żadnego obciążenia. Porównywanie ośmiogodzinnego dnia pracy osoby dorosłej do czasu, który młody człowiek przeznacza na naukę, jest więc nie na miejscu i świadczy o braku elementarnej wiedzy o ludziach. Nie ma zatem nic złego w tym, że łączny czas nauki dziecka w ciągu dnia przekracza znacznie 12 godzin. Taki wymiar jest wręcz niezbędny do stymulowania rozwoju mózgu. Tu trzeba powiedzieć jasno: nauka szkolna nigdy nie powinna funkcjonować tak, że uczeń przychodzi do domu po szkole i nie ma kompletnie żadnych obowiązków związanych z nauką, poza spakowaniem torby na kolejny dzień. Byłoby to nie tylko szkodliwe, ale niezgodne z naturą człowieka. Dodam, że mądra zabawa też jest formą nauki.

Arg. 24. Likwidacja zadań domowych niesie ze sobą jeszcze jedno, bardzo poważne zagrożenie, które także należy wziąć pod uwagę. Otóż uczeń, który przychodzi ze szkoły i nie ma zadań domowych, dysponuje nadmierną ilością czasu wolnego, w którym się po prostu nudzi. Jest to szczególnie zauważalne, gdy jego rodzice pracują do późna i przychodzą do domu dopiero wieczorem. Nuda zaś jest bardzo złym doradcą. Nie trzeba wiele wyobraźni, by dostrzec czające się tu zagrożenia. Nie będę bawić się w Kasandrę i nie przedstawię tu wizji zła, które może się (choć nie musi) urodzić z powodu braku zajęcia i nudy młodych członków naszego społeczeństwa. Pozwolę sobie tylko przypomnieć, że już faraonowie w starożytnym Egipcie dla zapewnienia spokoju w kraju dążyli do tego, by ludziom zapewnić odpowiednie zajęcia w czasie, gdy nie mieli co robić na swoich rolnych gospodarstwach. Organizowano różnego typu prace społeczne typu budowa olbrzymich piramid, i dzięki temu państwo rozwijało się harmonijnie. A zatem negowanie, a może nawet wyśmiewanie tego, co piszę, byłoby głęboko nie na miejscu. Problem istnieje naprawdę, ludzie, także młodzi, muszą mieć postawione przed sobą wyraźne cele, takie jak samorozwój i zdobywanie coraz większej ilości wiedzy, i jeśli wszyscy nie zadbamy o to, by cele te przed nimi postawić, może się to skończyć bardzo niedobrze.

Arg. 25. Jednym z argumentów przeciwko zadawaniu zadań domowych jest rzekomo nierówny dostęp uczniów do źródeł wiedzy oraz uczenie ich niesamodzielności i tego, co popularnie nazywa się kombinowaniem. Jest to argument całkowicie nietrafny. Osobiście nie znam ucznia, który nie miałby smartfona z dostępem do internetu, a zatem praktycznie każdy ma pełny dostęp do bardzo rozlicznych źródeł wiedzy. Wykorzystywanie sztucznej inteligencji też nie jest żadnym argumentem, przede wszystkim dlatego, że odnosi się do prac, których celem i tak jest trening w zakresie samodzielnego zdobywania wiedzy. Uczący się tabliczki mnożenia nie skorzysta przecież z ChatGPT, bo nic mu to nie da. Jeśli natomiast przekopiuje sporządzoną przez sztuczną inteligencję rozprawkę… no cóż, zawsze byli uczniowie, którzy rozwiązywali zadania niesamodzielnie. Poszukiwanie wiedzy w internecie jest formą nauki i tym różni się od bezmyślnego ściągania od kolegów. A ci, którym zależy na samorozwoju, i tak na pewno nie będą bezmyślnie przepisywali rozwiązań, będą analizowali, dlaczego jest tak, a nie inaczej. A przecież to właśnie też jest celem edukacji.

Arg. 26. Zaczynanie od zakazu zadawania prac domowych jest całkowicie chybione choćby dlatego, że edukacja wymaga zmian systemowych, takich jak określenie na nowo podstaw programowych (o czym też jeszcze napiszę, w drugiej części), zmniejszenie liczebności uczniów w klasach (a dokładniej: zmuszenie samorządów do wysupłania przez nie większych środków na oświatę w gminie poprzez administracyjny zakaz tworzenia klas o zbyt dużej liczebności uczniów), zwiększenie ilości godzin z kluczowych przedmiotów nauczania, a także z przedmiotów potrzebnych dla podjęcia studiów po ukończeniu szkoły (przy jednoczesnym ograniczeniu godzinowego wymiaru innych, mniej potrzebnych przedmiotów). Uczeń powinien mieć możliwość przećwiczenia zadań na lekcji, samodzielnego napisania wypracowania, nauczenia się języka obcego, dyskutowania na różne tematy. Obecnie jest to po prostu niemożliwe, szczególnie w sytuacji, gdy na przykład uczeń technikum ma w swoim rozkładzie zajęć zaledwie dwie godziny matematyki w tygodniu (przy również dwóch godzinach religii i pięciu godzinach wuefu). Taka sytuacja jest patologiczna i należałoby zacząć od jej uleczenia. Jeśli uczeń ma zaledwie 45 minut kontaktu z biologią czy fizyką, bo tak zarządzono, by zrobić miejsce dla innych, zbędnych przedmiotów, to na pewno nie zainteresuje się omawianą na tych przedmiotach tematyką. Takie domowe zadania, jak przygotowanie prezentacji czy wyszukanie i przyniesienie materiałów do dyskusji na lekcji są więc absolutnie konieczne dla realizacji podstawy programowej i nadania sensu nauce danego przedmiotu. W innych przypadkach, jak w przypadku matematyki realizowanej w wymiarze dwóch godzin tygodniowo w niektórych technikach, nauczyciel nie jest fizycznie w stanie zrealizować materiału na lekcji. Z konieczności ogranicza się do przybliżenia podstaw, metod, zasad, zostawiając uczniowi konieczność wyćwiczenia nowo poznanych technik w czasie pracy domowej.

Arg. 27. Pracą domową jest też choćby czytanie lektur i nauka słówek z języka obcego, także w szkole podstawowej i także w nauczaniu propedeutycznym. Czy Pani Ministra zamierza zakazać uczniom czytania lektur w domu? Jeśli tak, to jednak rację ma poseł Kaczyński. Takiego zakazu nie sposób bowiem zrozumieć inaczej jak tylko próby wymuszenia wypuszczania ze szkół uczniów ciemnych, niewykształconych, pozbawionych elementarnej wiedzy o narodowej kulturze i nieumiejących sprawnie posługiwać się językiem polskim, a tym bardziej jakimkolwiek językiem obcym. Oczywiście z wyjątkiem tych, którzy mają dostatecznie dużo samozaparcia, by wbrew odgórnym zakazom poświęcać jednak dużo wolnego czasu na samorozwój, albo tych, których rodzice mają dostatecznie dużo pieniędzy, by zapewnić im płatną edukację indywidualną, czyli korepetycje.

Arg. 28. Istnieją też pomysły, by wprowadzić zakaz zadawania prac domowych na weekendy, bo uczeń ma prawo do odpoczynku. A co, jeśli w siatce godzin ma np. jedną godzinę fizyki, i przypada ona w piątek lub w poniedziałek? W obu przypadkach może argumentować, że zadanie domowe musiałby robić w sobotę lub w niedzielę. Czy tylko z tego powodu ma być zwolniony przez cały rok z wszelkich zadań domowych z tego przedmiotu? A jego kolega z równoległej klasy, który ma fizykę np. w środę, ma normalnie wykonywać zadania domowe? Jest to oczywiście całkowitą bzdurą, bo uczeń powinien wykonać zadanie w piątek po przyjściu ze szkoły. Jeśli jednak rozpoczyna weekend już od ostatniego dzwonka w piątek, to powinien być konsekwentny i kończyć czas wypoczynku o tej samej godzinie w niedzielę, pozostawiając sobie niedzielne popołudnie i wieczór właśnie na wykonanie pracy domowej. Nie narusza to w niczym prawa do jego czasu wolnego. Problematyczna byłaby co najwyżej sytuacja, gdyby narzucono na ucznia w piątek tyle zadań, że nie mógłby ich wykonać w jedno popołudnie i że musiałby poświęcić na nie cały weekend.

Podsumowując, uważam ideę jakiejkolwiek odgórnej ingerencji w metody nauczania za pomysł oględnie mówiąc poroniony, i dotyczy to także kwestii zadań domowych. Istnieje dostatecznie dużo argumentów za tym, by te zadania nadal funkcjonowały w szkolnej rzeczywistości. Mało to, uczeń powinien dostawać więcej zadań niż obecnie, jednak lepiej przemyślanych, i tak zorganizowanych, by bardziej przyczyniały się do rozwoju jego kreatywności. Nie może także funkcjonować zakaz zadawania zadań w piątki („na weekend”), ale ich ilość musi być taka sama, jak w inne dni tak, by pozostawić uczniowi pełne dwie doby na wypoczynek (pełne dwie doby oznacza więc na przykład całą sobotę i niedzielę, ale nie piątkowe popołudnie).

Przedmiotem zadań domowych powinny być obligatoryjnie (także w klasach 1–3 szkoły podstawowej): czytanie lektur, indywidualne ćwiczenie pisania i liczenia, przygotowywanie materiałów do lekcji, ćwiczenie nowych umiejętności, nauka słownictwa języka obcego, a także inne zagadnienia, o ile nauczyciel (a nie Minister!) uzna je za korzystne dla edukacji ucznia.

W każdej szkole powinien funkcjonować rzecznik praw ucznia, czy też jakakolwiek inna osoba, z którą uczeń (lub jego rodzic) mógłby porozmawiać, gdyby subiektywnie odczuwał dyskomfort na przykład z powodu zadawania przez określonego nauczyciela zbyt wielkiej ilości prac domowych. Osoba ta powinna obiektywnie zbadać, czy zastrzeżenia ucznia mają rzeczowe podstawy. Gdyby okazało się to prawdą, powinny (jak w każdym innym podobnym wypadku) interweniować różne instytucje sprawujące nadzór pedagogiczny, jak dyrektor szkoły, szkolny pedagog, nauczyciel doradca, wizytator czy wręcz kurator. Jednak pomijając tego typu przypadki, nauczyciel powinien mieć całkowicie nieskrępowane ręce w kwestii doboru takich metod pracy z uczniami, które zapewnią jak najlepsze osiągnięcia w ich edukacji. A stosowanie tych metod nie może zależeć od tego, czy lekcja odbywa się w poniedziałek, w piątek czy w inny dzień tygodnia, zwłaszcza wtedy (ale nie tylko wtedy), gdy jest to jedyna lekcja danego przedmiotu w tygodniu. Sam fakt zadania czegoś w piątek nie powinien automatycznie oznaczać, że uczeń ma zajęty czas wolny. Ten bowiem trwa dwie doby, a nie trzy doby, a więc na przykład zaczyna się w sobotę rano, a nie w piątek wraz z ostatnim dzwonkiem (ew. zaczyna się w piątek np. o 15.00, ale wtedy kończy także w niedzielę o 15.00, a nie o 24.00). Uczniowi zostaje dostatecznie dużo czasu, który powinien przeznaczyć na przygotowanie się do lekcji w poniedziałek.

Grzegorz Jagodziński